Jakieś
4 miesiące temu, we wrześniu pojechałam by zrobić gorset.
Podjechaliśmy
pod ładny dom – szczerze mówiąc myślałam, że to będzie w szpitalu – i zadzwoniliśmy.
Przed domem leżał pies, który dał mi się pogłaskać, ale nie wszedł z nami do
domu.
Razem
z tatą poszliśmy do pokoju, gdzie byli dwaj mężczyźni: jeden starszy, drugi młodszy.
Pytali o skoliozę, ile mam stopni, od jak dawna o niej wiemy itd.
Potem
poszłam z tym młodszym mężczyzną do łazienki, gdzie na podłodze było pełno
folii. Musiałam się rozebrać do
majtek, które zostały owinięte folią, by się nie ubrudziły. Pan owinął mój
tułów, do ramion włącznie gipsem. Gdy zaschnął, rozciął tą gipsową kamizelkę w
połowie pionowo, zabrał, odwinął mnie z folii i wyszedł. Wzięłam ze sobą
ręcznik z domu, by się nim wytrzeć, bo cała byłam w gipsie. Potem ubrałam się i
wyszłam z łazienki.
Poszłam
do tego pokoju, gdzie panowie rozmawiali znowu z moim tatą. Po kilku minutach
wyszliśmy, a po gotowy gorset mieliśmy przyjechać za kilka dni. Podczas całego
gipsowania, pan ze mną rozmawiał, głównym tematem były moje urodziny, które
swoją drogą miałam mieć za miesiąc.
Naprawdę
nie ma się czego bać, panowie są bardzo mili, jeśli jest taka opcja, trzeba
iść, a kto wie – może gorset pomoże?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz